W filharmonii jak na stadionie

Jeszcze nigdy w Filharmonii Narodowej nie zaznałam tylu emocji pozamuzycznych. W czasie sobotniej uroczystej inauguracji Festiwalu Ludwiga van Beethovena, obecny na sali wicepremier Piotr Gliński został przez publiczność wybuczany. Stało się to, gdy konferansjer witający ze sceny specjalnych gości wymienił jego nazwisko. Nazwisko prezydenta Dudy, który objął honorowy patronat nad festiwalem, zostało zaś przyjęte demonstracyjnym milczeniem. Podobnie jak pisowski marszałek senatu, Stanisław Karczewski. Za to Małgorzata Kidawa-Błońska i Hanna Gronkiewicz-Waltz zostały powitane oklaskami. Miałam wrażenie, że specjalnie tak demonstracyjnymi, by jeszcze bardziej podkreślić wagę owego buczenia. Pierwszy raz w życiu widziałam w filharmonii taką polityczną demonstrację, choć chodzę do niej od czasów szkolnych, czyli lat 80. Niezwykły pokaz niezależnego, obywatelskiego myślenia. Byłam wzruszona jak chyba większość osób na sali. Tym bardziej, że na koncercie zabrzmiała IX symfonia d-moll Beethovena ze słynną „Odą do radości”, będącą hymnem Unii Europejskiej. Było to niezwykle znamienne. Czułam, że w ten sposób manifestujemy nasz związek z Europą, z której PiS chce nas wyrugować. I żeby nikomu nie przyszło do głowy, że filharmonia to nie mecz i że w filharmonii buczeć nie wypada. Myślę, że wypada nawet gwizdać, gdy sytuacja jest tak bezprecedensowa i tak niebezpieczna jak teraz w Polsce. Straciliśmy przecież konstytucję i podstawy ładu demokratycznego. Dziś „Wszystkie ręce na pokład”, by zmusić rząd i prezydenta do przestrzegania prawa.

Basen nierówności

To jest tak skandaliczna sprawa, że nie wiadomo od czego zacząć pisanie. Park Wodny Koszalin wpuścił na basen muzułmankę, mimo że jej strój nie był zgodny z regulaminem. To dyskryminacja Polaków, którzy tegoż regulaminu muszą przestrzegać. Jako dziennikarka wysłałam oficjalny mail do kierownika basenu, Jacka  Sinkiewicza z prośbą o wyjaśnienie sytuacji. Odesłał mnie do oświadczenia, które ośrodek wydał kilka dni wcześniej. W oświadczeniu nie ma jednak słowa o tym, dlaczego do takiej dyskryminacji Polaków doszło. Nie ma także przeprosin za zaistniałą sytuację ani jasnych zapewnień, że w przyszłości nigdy się ona nie powtórzy.  Zamiast tego jest pouczanie Polaków co do zasad tolerancji. Napisałam o tym w kolejnym mailu do pana kierownika. Pozostał on bez odpowiedzi. Jeśli kiedyś w Polsce dojdzie do takiej sytuacji jak dziś na basenach w Niemczech czy Skandynawii, ludzie pokroju Jacka Sinkiewicza będą za nią odpowiedzialni. On i media, które w większości skupiły się na reakcjach Polaków, emocjonalnych w większości i czasem rzeczywiście pełnych nienawiści, ale trudno żeby były inne w sytuacji dyskryminowania nas we własnym kraju, zamiast na istocie rzeczy. Niestety, to nie pierwsza taka sytuacja na basenie w Polsce. O podobnej pisałam w sierpniu, a opowiedzieli mi o niej ratownicy na warszawskim Moczydle. Te zdarzenia na basenach to nie są drobiazgi. Na Zachodzie też się zaczynało od takich właśnie wydawałoby się niewinnych sytuacji, a dziś trzeba ustawami gwarantować rodowitym obywatelom ich prawa, choćby do przejazdu ulicą, bo muzułmanie zaczęli blokować je, rozkładając dywaniki do modlitw.  Zabrzmi to patetycznie, ale jest zgodne z prawdą: dziś na polskich basenach decyduje się przyszłość naszej cywilizacji. Czy obronimy naszą liberalną kulturę? Czy też powielimy błędy Zachodu i wystawimy ją na niebezpieczeństwo, kierowani naiwnością poprawności politycznej?

Kupa śmiechu czyli roast Wojewódzkiego

Długo zastanawiałam się, czy zabrać głos w sprawie roastu Kuby Wojewódzkiego, bo mój blog to zbyt eleganckie miejsce, ale doszły mnie słuchy, że Anna Dereszowska cieszy się, że wzięła w nim udział. Dlaczego? Bo na facebooku przybyło jej dwa tysiące fanów. Proponuję aktorce Annie Dereszowskiej, by nagrała w łazience filmik, jak załatwia swoje potrzeby fizjologiczne i opublikowała go w sieci. Przybędzie jej kolejne dwa tysiące fanów. A może i więcej.

Chopin, swetry i sprawa polska

Naprawdę można się zdenerwować, jadąc do Rzymu na wakacje. Poza tym, że w Rzymie jest mało Rzymu: sami turyści, imigranci, jedzenie na ogół paskudne, bo nie przygotowywane przez włoskich kucharzy, a egzotycznych przybyszów z Azji i Afryki, w centrum miasta nie można się dogadać po włosku, to jeszcze przy via del Corso czyli jednej z głównych handlowych ulic Wiecznego Miasta znajduje się sklep ze swetrami pod nazwą ….”CHOPIN”. Szok. Co wspólnego z dzianiną miał nasz najwybitniejszy kompozytor?! I dlaczego na to pozwolono?! Czy polskie instytucje stojące na straży wizerunku geniusza o tym wiedzą? Jeśli tak, to dlaczego nikt z tym nic nie robi? Byłam zbulwersowana. Po powrocie do ojczyzny zadzwoniłam zatem do Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina gotowa wytoczyć najcięższe armaty. Wicedyrektor NIFC Wojciech Marchwica zaprosił mnie na spotkanie, by wprowadzić w meandry prawne związane z ochroną wizerunku i nazwiska Fryderyka Chopina. Okazało się też, że szefostwo instytutu dobrze wie o nieszczęsnych sklepach, bo jest ich – o zgrozo – więcej. Niestety, ustawa o ochronie wizerunku Fryderyka Chopina pochodzi z 2001 roku, a sklepy istnieją dłużej. Ponieważ prawo nie działa wstecz, instytutowi brakuje narzędzi, by zażądać od firmy zmiany nazwy.  Nawiasem mówić, Fryderyk Chopin jest jedynym Polakiem, którego twórczość i wizerunek chroniony jest z mocy ustawy, uchwalonej przez Sejm. Mało tego, imię i nazwisko kompozytora szefostwo instytutu zarejestrowało w Urzędzie Patentowym jako znak towarowy. Dziś zatem marka „Chopin” jest w Polsce znakomicie chroniona, problem z przedsięwzięciami sprzed 2001 roku. I co roku zwiększa się liczba krajów, w których NIFC dokonuje rejestracji imienia i nazwiska „Fryderyk Chopin” jako znaku towarowego. Teraz ten proces rejestracji trwa w Stanach Zjednoczonych, Japonii i Korei Południowej. NIFC ma zatem takie prawa do ochrony wizerunku Fryderyka Chopina, jakby był rodziną kompozytora. Dysponuje licencją na używanie znaku towarowego „Fryderyk Chopin”, a wszystkie zyski z jej tytułu przeznacza na promocję artysty w Polsce i na świecie. Mnie ogromnie buduje fakt, że wizerunek i nazwisko naszego najwybitniejszego kompozytora są tak chronione. Chopin to przecież dziś tak naprawdę nasza jedyna marka po tym, jak zaprzepaszczono piarowo  „Solidarność” i nasz wkład w obalenie komunizmu. Dziś, według zachodnich Europejczyków, komunizm obalili Niemcy z NRD w dniu upadku muru berlińskiego, a pomagał im w tym Gorbaczow, Lech Wałęsa zaś to „homofob”, a Jan Paweł II – jeden z najwybitniejszych ludzi w historii świata – jest coraz bardziej, niestety,  zapominany i przysłaniany osobą aktualnego papieża, zresztą dość dyskotekowego i nie posiadającego autorytetu. Ale kto by się takimi drobiazgami przejmował. Ważne, że Franciszek nosi stare buty i kocha biednych. Zatem dobrze, że chociaż o Chopina dbamy. Poza tym musimy go wyrwać Francuzom. Wystarczy, że buchnęli nam Marię Skłodowską.

My, Polacy jesteśmy świetni

Niespecjalnie się zdziwiłam, gdy zobaczyłam takie oto obrazki z sylwestra w Londynie. Międzynarodową hołotę widziałam też niedawno w Rzymie, a dokładnie w Bazylice św. Piotra. Byłam świadkiem takich m.in. oto rodzajowych scenek. Dziewczę skośnookie wyginające się w seksownych pozach do zdjęcia (do dziś żałuję, że nie powiedziałam jej, że to nie „fashion tv”),  Niemiec odbierający telefon i bez żenady rozmawiający na cały głos, choć dwa metry od niego jak wół wisi napis w kilku językach od arabskiego poprzez niemiecki na chińskim skończywszy: „Miejsce święte. Prosimy o ciszę”. Napisu po polsku nie ma, wiadomo: jesteśmy z kosmosu, ale żadnemu Polakowi do głowy nie przychodzi takie zachowanie. Dalej: inna skośnooka jedząca kanapkę, kolejna laska wyciągająca termos i popijająca herbatę na środku bazyliki. Grupa Rosjan śmieje się do rozpuku w tym jakże jajcarskim miejscu. O zdjęciach i selfie na tle zwłok papieża Jana XXIII widniejących w przezroczystym sarkofagu nie wspomnę. To już rutyna, strażnicy w ogóle nie reagują. A wszystko dzieje się przy ołtarzu głównym, pod którym, jak wierzą chrześcijanie, znajduje się grób św. Piotra. Jednym słowem miejsce święte – serce chrześcijaństwa i kolebka naszej cywilizacji. A Polacy? Cisi jak trusie modlą się pokornie przy grobie Jana Pawła II. W innych miejscach: restauracjach, knajpach, muzeach to samo.  Cichutcy, zakompleksieni, z prędkością światła odpowiadający po angielsku, żeby ich nikt broń Boże, nie uznał za nie znających tego języka, przecież byłby obciach straszny i od razu wydałoby się, że są z prowincji. Jesteśmy zresztą jedynym narodem na świecie, w którym jedna z definicji patriotyzmu głosi, że polega on na tym, żeby nie robić obciachu za granicą. Pijanym Angolom w Krakowie do głowy nie przychodzi, że mają się jakoś specjalnie zachowywać, że ktoś ich ocenia, że wystawiają złe świadectwo królestwu itp. itd. A nam niestety, tak. Pijanych Angoli widziałam zresztą także w Rzymie. Darli się na pół knajpy. Gdy powiedziałam koleżance, że przeszkadza mi ten hałas, okazała się nad wyraz wyrozumiała: „No co, przecież się tylko bawią”. Gdyby to byli Polacy, powiedziałaby zapewne: „Ależ bydło, robią nam obciach”.  Dlaczego tak się dzieje? Bo, tak naprawdę, nie wierzymy w siebie i w swoją wartość. Mamy mnóstwo kompleksów i myślimy, że jesteśmy gorsi od innych nacji, a tymczasem prawda jest dokładnie odwrotna w kwestiach opisanych powyżej i wielu wielu innych.  Gdy opowiadałam znajomym o tym, co widziałam w Rzymie, za wszelką cenę starali się wyszukiwać nasze złe strony. „No tak, ale Polacy to, Polacy tamto. Też się źle zachowują, w innych sytuacjach robią to czy owo”. Trudno było im przyjąć prawdę, że nie ma żadnego „ale”. Że możemy w czymś być lepsi od zachodnich Europejczyków po prostu. Bez żadnego „ale” i szukania dziury w całym. Bardzo to smutne.

Słownik PiS czyli gwałt na języku polskim

Przeczytałam świetny materiał w „Gazecie Wyborczej” „Alfabet IV RP bis”. Od dawna myślałam o napisaniu słownika PiS, bo to, co jego politycy robią z polszczyzną, to bez żadnej przenośni gwałt na języku. Manipulacja, zmienianie znaczenia poszczególnych słów i wyrażeń, wyciąganie z kontekstu to stałe praktyki, które służą kreowaniu nieprawdziwej wersji rzeczywistości oraz historii.  Ten gwałt na polszczyźnie to druga najgorsza rzecz, którą politycy tej partii robią dziś poza łamaniem konstytucji. Bardzo niebezpieczna, bo to ona zapewniła Jarosławowi Kaczyńskiemu rząd dusz i w efekcie sukces wyborczy. I tak naprawdę dowód na postawę niepatriotyczną, bo moim zdaniem nie można być patriotą, nie szanując języka ojczystego. Trzeba dekonstruować ten kod i odkłamywać historię, bo inaczej nigdy nie wyjdziemy z oparów absurdu i niedługo dowiemy się, że zwycięstwo pod Grunwaldem było możliwe dlatego, że Jagiełło należał do PiS. Oto moja mała próbka słownika polszczyzny według PiS:

polegli – ofiary wypadków komunikacyjnych lub zamordowani w czasie strajku o podwyżkę

patriotyzm – popieranie PiS

zdrada narodowa czyli współczesna Targowica – krytykowanie partii rządzącej

dziedzictwo – brak pomysłu na prezydenturę, obrażanie się na satyrę, niechęć do zajmowania nudną pracą nad ustawami, a zamiast tego wielogodzinne gawędziarstwo na tematy wszelkie ze współpracownikami. Obejmuje też wykorzystywanie rocznic historycznych do celów partyjnych i słuchanie brata.

niepokorni – zafascynowani Jarosławem Kaczyńskim

Trybunał Konstytucyjny – grupa polityków opozycyjnych, którzy przeszkadzają rządowi służyć narodowi: dawać 500 zł na dziecko, podwyższyć kwotę wolną od podatku, obniżyć wiek emerytalny.

Ryszard Petru – przedstawiciel banksterów i tajny członek PO

media narodowe – media, które głoszą chwałę PiS

ustawa naprawcza – ustawa łamiąca konstytucję, przygotowana w ciągu 24 godzin, najlepiej w nocy bez konsultacji ekspertów

oficjalna delegacja zagraniczna – wczasy all inclusive na koszt podatników obejmujące liczne atrakcje turystyczne typu zwiedzanie muru chińskiego czy przejażdżki rikszą w Szanghaju i Pekinie.

rokosz – przestrzeganie konstytucji przez prezesa Trybunału Konstytucyjnego

wyrok sądu – subiektywna opinia grupy prawników tudzież wolna interpretacja tychże

niepodległość – odzyskaliśmy ją niedawno bo zaledwie 25 października. Możemy zatem wreszcie po latach niewoli i zaborów śpiewać: „Ojczyznę wolną pobłogosław, Panie”. Wcześniej mieliśmy kondominium polsko-niemieckie, w którym kanoniczna wersja „Roty” brzmiała: „Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie”. Niestety, niepodległość nie jest dana raz na zawsze. W każdej chwili wraże siły mogą ją nam zagarnąć. Dziś ich ośrodkiem jest Trybunał Konstytucyjny. Kiedyś była to Unia Europejska, przeciwnicy dekomunizacji, łże-elity i media polskojęzyczne.

sfałszowane wybory – wybory, w których PiS przegrało

asysta wojskowa – ośmieszanie i wykorzystywanie wojska dla celów partyjnych

PS. Można jeszcze stworzyć historyczny słownik języka polskiego według PiS, bo politycy tej partii mają od lat duże zasługi w manipulowaniu językiem. W tej publikacji powinny znaleźć się takie pojęcia jak: gruba kreska, przyśpieszenie, walka z układem, łże-elity, lustracja, dekomunizacja,  Polska solidarna i Polska liberalna.

 

 

 

 

 

 

 

 

Moje watergate

Kilka tygodni temu, lecąc na wakacje do Rzymu, korzystałam z lotniska w Modlinie. I ujrzałam przedziwne napisy. Obok angielskich „gate open” tzw. „polskie” czyli „gate otwarty”. Nie wiedziałam, czy płakać, czy śmiać się z takiego potworka językowego. Moi współpasażerowie, obcy ludzie, nie-poloniści wybrali to drugie. Żartowali, że powinien być napis „gej otwarty”. Po powrocie do ojczyzny zadzwoniłam zatem do rzeczniczki prasowej Modlina, Magdaleny Bojarskiej. A ona na to, że istnieje w języku polskim słowo „gate”. Myślałam, że się przewrócę.  Poprosiłam więc o opinię panią prof. Dorotę Zdunkiewicz-Jedynak z Instytutu Języka Polskiego na Uniwersytecie Warszawskim. Pani profesor zaleca tradycyjną, rodzimą formę, zwłaszcza gdy chodzi o zarząd lotniska, który powinien promować jak najstaranniejszą polszczyznę.  Jej opinię wraz z linkiem do Wielkiego Słownika Języka Polskiego, w którym próżno szukać „polskiego”, zdaniem rzeczniczki Modlina słowa „gate” przesłałam Magdalenie Bojarskiej. Wyraziłam oczekiwanie, że władze lotniska zmienią napisy na polskie. Moim zdaniem powinno to być oczywistą oczywistością. Tym bardziej, że nowi rządzący codziennie trąbią w tv o kulturze narodowej. Jak to się ma do promocji angielszczyzny na polskim lotnisku? Czekam na odpowiedź Modlina. Trzymajcie kciuki.

Poważnie o Polsce koło beczki z małosolnymi

W wigilię w sklepie spożywczym Alma, a dokładnie koło beczki z ogórkami małosolnymi spotkałam ministra Mariusza Kamińskiego. Zaledwie kilka godzin wcześniej o 4. nad ranem jego partia przegłosowała w Senacie ustawę rozjeżdżającą Trybunał Konstytucyjny. – Panie ministrze, co wy robicie? – zakrzyknęłam zatem wzburzona. A on na to: Dobrze robimy. – Rozwalacie Trybunał Konstytucyjny, łamiecie konstytucję, demontujecie III RP! – prawie że krzyczałam na pół sklepu.  Wygarnęłam mu wszystko, co w kwestii aktualnej demolki PiS leży mi na wątrobie. Mariusz Kamiński jak mantra powtarzał, że będzie dobrze, że zmienię za rok zdanie i że w ogóle jest wigilia i życzy mi wszystkiego najlepszego. Niestety, nie mogłam odpowiedzieć mu tym samym, bo ja szczerze życzę panu ministrowi i jego kolegom, żeby jak najszybciej stracili władzę.  Dla dobra Polski. Usiłowałam przemówić mu do sumienia, przywołując najwspanialsze karty polskiego konstytucjonalizmu, wbrew którym działają. Apelowałam więc, by pamiętał o Konstytucji 3 maja, pierwszej w historii Europy, o czym na zachodzie prawie nikt nie wie. – Ja bardzo szanuję Konstytucję 3 maja, jestem historykiem – zapewniał mnie Kamiński. – I co z tego, Duda jest prawnikiem, a co robi z prawem? – odparowałam. Mówiłam, że moim zdaniem to, co się dzieje, to czasy saskie i liberum veto, bo jak inaczej nazwać wymóg głosowania 2/3 sędziów, paraliżujący Trybunał? Niestety, minister był kompletnie zamknięty na moje argumenty. Powtarzał, że wygrali wybory, mają mandat i będą realizowali swój program.  Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek tak bardzo nie mogła znaleźć z kimś wspólnego języka. A szczerze chciałam dojść do jakiejś wspólnej konkluzji. Gdy Kamiński zapewniał mnie, że nie ograniczą praw obywateli i że nadal będzie wolność słowa, spytałam więc: – Zatem na moim blogu będę mogła napisać, że uważam Jarosława Kaczyńskiego za największego szkodnika RP i pan mnie nie aresztuje? Tu ministra zatkało.  Potrzebował chwili, by odpowiedzieć: Nie. Najwyżej pan prezes panią pozwie. – To dobrze, to będę pisała prawdę – odpowiedziałam. Ale najciekawsze było to, że w trakcie całej naszej dyskusji nikt w sklepie nie zwracał na nas uwagi, ludzie mijali nas z koszykami i z kompletnie obojętnymi minami. Moglibyśmy się pobić, a oni udawaliby, że nic nie widzą. To jest chyba ta znieczulica, która daje o sobie znać, gdy ktoś umiera na przystanku, a przechodnie nie reagują. Dopiero pod koniec mojej rozmowy z Kamińskim jeden z kupujących odezwał się. – Proszę pani, szkoda czasu i energii.  Kamiński chyba uznał, że staje po jego stronie, bo od razu rzucił się do składania życzeń owemu panu. Ja zaś tłumaczyłam, że nie zgadzam się absolutnie z tą postawą. – Oni muszą wiedzieć, co ludzie o nich myślą – powiedziałam. I tak uważam.

Polacy nie gęsi

Uwielbiam program „The voice of Poland”, bo lubię słuchać utalentowanych młodych ludzi. Ale bardzo bolało mnie, jak w audycji tej traktuje się polszczyznę. Jeden z uczestników ostatniej edycji to cudzoziemiec, zatem jurorki: Edyta Górniak i Maria Sadowska chętnie i długo mówiły do niego po angielsku, dłużej niż po polsku do polskich uczestników. A prowadzący: Tomasz Kammel i Halina Młynkowa nie śpieszyli się z tłumaczeniami. Robili też błędy w odmianie nazwisk uczestników. Wszystko pod wpływem angielskiego. Ponieważ nie chcę, by polszczyzna wymarła kiedyś jak łacina, a na obszarze między Bugiem a Odrą mówiło się po angielsku, tyle że z szeleszczącym akcentem, napisałam w tej sprawie mail do rzeczniczki prasowej Telewizji Polskiej, Aleksandry Gieros-Brzezińskiej.  Oto jego treść:

Szanowni Państwo, jestem dziennikarką, zszokowaną, w jaki sposób Telewizja Polska promuje język angielski kosztem polszczyzny w programie „The voice of Poland”. Jeden z uczestników jest cudzoziemcem, w związku z tym jurorzy mówią do niego wyłącznie po angielsku, nawet gdy zwracają się jednocześnie do innego polskiego uczestnika. A prowadzący na ogół nie tłumaczą tych wypowiedzi. Okazuje się, że jeden uczestnik jest ważniejszy niż miliony widzów przed telewizorami. Gdy Polka Aneta Sablik brała udział w niemieckim „Idolu”, musiała nauczyć się niemieckiego, bo żadnemu z jurorów nie przyszłoby do głowy dostosowywać się do niej. Podobnie jest z innymi talk-show na świecie, gdzie szanuje się język ojczysty. Poza tym, prowadzący „The voice of Poland” znów pod wpływem angielskiego nie odmieniają nazwisk uczestników. Używają formy „Krzysztofa Iwaneczko”, tymczasem dopełniacz tego nazwiska brzmi „Krzysztofa Iwaneczki”. A, gdy mówią o rodzeństwie Skibów, nie uwzględniają liczby mnogiej, podobnie jak to się dzieje w angielskim. Błędna forma „Julia i Jędrzej Skiba” zamiast „Julia i Jędrzej Skibowie” podana jest także na oficjalnej stronie programu.  W języku polskim ma ona dodatkowo dyskryminacyjny charakter, bo oznacza, że dziewczyna nazywa się Julia, a jej brat Jędrzej Skiba, czyli ona nie ma nazwiska. Jestem zszokowana takim lekceważeniem polszczyzny i faworyzowaniem angielskiego przez telewizję publiczną, która z założenia powinna dbać o język ojczysty. Już pomijam fakt, że ze świecą trzeba szukać polskiego repertuaru w tym programie. Proszę o wyjaśnienie tej sytuacji.

Z wyrazami szacunku

Iwona Aleksandrowska

Efekt? Gdy w następną sobotę zasiadłam przed telewizorem,  miałam powód do radości. Zarówno Tomasz Kammel jak i Halina Młynkowa pięknie odmieniali nazwiska, prezenter pracowicie tłumaczył też wszystkie kwestie wypowiadane po angielsku. A w finale okazało się, że cudzoziemski uczestnik mówi po polsku. Zatem po co był ten cały cyrk? Chyba tylko po to, by Górniak z Sadowską popisały się, że znają język obcy.

Gdzie ja żyję?!

Do ignorancji celebrytów, których zatrudnia się w mediach jak tzw. dziennikarzy, zaczęłam się już powoli przyzwyczajać. Ostatnio na przykład w „Na językach” TVN błyszczy żona Kuby Wesołowskiego, która z polszczyzną jest totalnie na bakier. Używa np. wyrażenia „wykonać materiał” (prawidłowo: „przygotować materiał”). Wspomina też, że „TVN Warszawa była skupiskiem case’ów” takich jak ona. Ta pani powinna wrócić do szkoły, niewykluczone że poniżej gimnazjum. Ale dziś zaskoczył mnie prezenter, który nie należy do najgłupszych w polskich mediach. Mianowicie Marcin Prokop. W „DDTVN” powiedział, że angielski i niemiecki należą do dwóch różnych grup językowych. Tymczasem to jedna germańska rodzina. – Jest też łatwiej nauczyć się nowego języka, kiedy znamy już jakiś język, bo możemy budować na jego bazie.  Jak znamy angielski, to część słów nam  się niemieckich będzie z angielskim kojarzyć, chociaż to dwie różne grupy językowe – powiedział Prokop. A gość  w studiu Katarzyna Szafranowska, reklamowana jako  ekspertka i trenerka technik szybkiej nauki nie oponowała. O tempora, o mores.