O Tusku na Wawelu

Wiadomość o wygranej Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej zastała mnie w Krakowie. Tuż po zwiedzaniu Wawelu. Trudno mi wyrazić, jak bardzo się ucieszyłam. Krzyczałam z radości i tłumaczyłam mojej siostrzenicy, dlaczego to takie ważne wydarzenie i dlaczego powinien bić dzwon Zygmunt. Oczywiście, nie bił, bo aktualny zarządzający katedrą ma słabe wyczucie historyczne (w przeciwnym wypadku nie pochowałby tam prezydentostwa Kaczyńskich), ale powinien. Bo naprawdę, i tu zgadzam się z Tomaszem Lisem, to pierwszy raz od czasów Jagiellonów, kiedy  Polak będzie mieć wpływ na politykę europejską. Jaki dokładnie, tego jeszcze nie wiadomo, wiele zależy od samego Tuska, urząd przewodniczącego rady dopiero się kształtuje i przy pewnej dozie sprytu politycznego premier może jego kompetencje rozciągnąć. Ważne, że ta nominacja następuje w bardzo trudnym momencie wojny na Ukrainie. Tusk wniesie polski punkt widzenia na ten konflikt na salony Zachodu. Francuzi, Włosi czy Hiszpanie  nie odczuwają przecież grozy sytuacji. Odejście Tuska ze stanowiska premiera otwiera jednocześnie nowe możliwości w kraju. Po kilku latach jest wreszcie szansa na przełamanie klinczu w polityce, który tworzył konflikt Tusk-Kaczyński. Mam też nadzieję na koniec Jarosława Kaczyńskiego. Niemłody już prezes będzie mieć trudności z odnalezieniem się w sytuacji, w której nie ma wroga. Kaczyński przecież od zawsze czyli od czasów Porozumienia Centrum takiego wroga miał. Inaczej, po prostu, nie potrafi funkcjonować. Jednym słowem wygrana Tuska na szefa Rady Europejskiej otwiera nowy rozdział. I w Europie, i w Polsce. Takie miałam refleksje, patrząc na Wawel. Wawel, Wawel… Symbol naszej potęgi. Za Jagiellonów byliśmy jednym z największych mocarstw ówczesnego świata. Nasza dynastia rywalizowała o dominującą pozycję w Europie z Habsburgami. Carami Rusi nie musiała zawracać sobie głowy. Ich pozycja była słaba i nie liczyła się na kontynencie. Państwo Jagiellonów było jednocześnie w swojej istocie pierwszą Unią Europejską. Na mocy układu z Krewa powstała przecież unia polsko-litewska, dobrowolnie łączyły się ze sobą dwa organizmy państwowe: Korona Polska i Wielkie Księstwo Litewskie. Taki ruch władców Polski i Litwy podyktowany był poczuciem zagrożenia ze strony Zakonu Krzyżackiego. I okazał się skuteczny, zakon pokonano. Unia miała narody łączyć, ale respektowała ich autonomię. Stąd historycy spod znaku prof. Jerzego Kłoczowskiego uważają ją za pierwszą formę wspólnoty europejskiej. Tak, tak unię europejską wymyśliliśmy my. Mam nadzieję, że Donald Tusk, w końcu historyk, zdaje sobie z tego sprawę i poniesie ten kaganek oświaty do Brukseli. A jak się skończyły losy unii polsko-litewskiej, niech już lepiej nie wspomina, bo od czasu, jak w XVII wieku przegwizdaliśmy rywalizację z Rosją o pozycję lidera w Europie Środkowo-Wschodniej, zaczął się nasz regularny zjazd w dół. Trwał on aż do roku 1945 i skończył się monoetnicznym kadłubkowatym państwem, trzykrotnie mniejszym od ojczyzny Jagiellonów. Dziś jego przedstawiciel staje na czele Europy. Dobre i to. A Wawel wzruszać mnie będzie niezmiennie.

The following two tabs change content below.

Iwona Aleksandrowska

Czas mija. Każdego dnia jesteśmy coraz młodsi i coraz piękniejsi.

Ostatnie wpisy Iwona Aleksandrowska (zobacz wszystkie)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>