60-letnia matka czyli o wrażliwości dziennikarzy

Z ogromną ciekawością czekałam na pierwszy wywiad 60-letniej matki bliźniaków, która jest gwiazdą naszych mediów ostatnich dni. I, niestety, po obejrzeniu materiału w „Dzień Dobry wakacje” poczułam się zawiedziona. Nie padło żadne z ważnych pytań, w tym o ojca dzieci. A przecież matka tylko w 50 procentach jest odpowiedzialna za utrzymanie dziecka, reszta to obowiązek ojca. Milczenie matki w tej kwestii można tłumaczyć tylko w jeden sposób: ojciec prawdopodobnie jest anonimowy i pochodzi z banku nasienia. Oto dlaczego nie należy się, moim zdaniem, bawić w Pana Boga i powoływać na świat dzieci, nie mających już na starcie jednego z rodziców. Potem pozostaje już tylko wyciąganie ręki do państwa, a więc nas wszystkich. Myślałam, że aktorka jako warunek swojego przyjścia do TVN postawiła właśnie brak pytań o ojca i metodę poczęcia. Ale, okazuje się, że nie. – Pani Barbara Sienkiewicz nie stawiała żadnych warunków wstępnych. Wybrała TVN, bo ujęła ją jedna z wcześniejszych wypowiedzi Bartka Węglarczyka na jej temat – zdradza mi Kinga Rusin. Dlaczego zatem dziennikarka nie spytała swojego gościa o tak ważne kwestie? – Jakim trzeba być człowiekiem, by pytać o tak intymne sprawy? Ja pracuję w telewizji śniadaniowej i nie jest moim celem rozjechać mojego gościa, poniżać go, czy oceniać – uważa Kinga Rusin. A co na to konkurencja? – Ja bym zadała pytanie o ojca dziecka. Nie pytałabym, oczywiście, o personalia, ale ogólnie, choćby o to, dlaczego nie może on łożyć na dzieci – uważa z kolei Anna Popek, dziennikarka „Pytania na śniadanie”.  A jakie jest Wasze zdanie? Gdzie jest granica dziennikarskiej wrażliwości w zadawaniu pytań? Moim zdaniem nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Jednak jestem pewna, że w przypadku, gdy ktoś domaga się pomocy ze strony państwa, a więc nas wszystkich, ta granica przesuwa się. A już zwłaszcza wtedy, gdy łamie się prawa dziecka do posiadania ojca.  W tym całym nieszczęściu dobrze chociaż, że uchwalona ustawa o in vitro nie przewiduje tej usługi dla kobiet samotnych.

W obronie cywilizacji. Na basenie

W sobotę dyndałam sobie na hamaku. Z  okazji rocznicy „Cudu nad Wisłą” dyndałam na hamaku w warszawskim „Cudzie nad Wisłą”. Poprzedniego dnia było gorzej. Poszłam na basen na Moczydło. Rozmawiałam z ratownikami, którzy opowiedzieli mi wstrząsającą historię. Otóż, okazuje się, któregoś razu przyszli na basen muzułmanie. Ich kobiety weszły do wody w tych szmatach, które noszą na co dzień. To niezgodne z regulaminem, ratownicy zwrócili więc jednej takiej zakutanej pani uwagę, że można wejść do wody tylko w kostiumie kąpielowym. Na ratunek swojej kobiecie przybiegł Arab, potem drugi jakiś wujek, senior rodu czy ktoś w tym stylu. I zwyzywali naszych ratowników. Naubliżali im w sposób wulgarny czystą polszczyzną, świadczącą o tym, że żyją tu od lat, co tylko pokazuje po raz milion pięćsetny, jak skuteczna jest asymilacja tych środowisk i …nie dostosowali się do regulaminu. Nasi ratownicy ustąpili. To błąd. Bo nie o basen tutaj idzie, ale, nie waham się użyć górnolotnych słów, o przyszłość naszej cywilizacji. Wiadomo, że islamiści chcą narzucić nam swoją wiarę i wizję świata, uważając za grzeszników. W ich mniemaniu Bóg tak chce, stąd usprawiedliwione jest wszystko, nawet gwałty, mordy i samobójcze ataki.  To fundamentalnie sprzeczne z liberalizmem zachodniej cywilizacji. Powinniśmy zatem reagować i dusić w zarodku najmniejsze przejawy nierespektowania naszych praw. Inaczej islamiści wejdą nam na głowę. Dziś damy palec, jutro zechcą całej ręki. Ratownicy powinni wyrzucić z basenu łamiących regulamin. Tak jak robią to z Polakami, którzy wniosą piwo na teren ośrodka. A jeśliby nie posłuchali, powinni wezwać policję. Nie może być tak, że Polak musi przestrzegać zasad, a Arab nie. I to we własnym kraju.

Triki i iluzje czyli kariera Justyny Steczkowskiej

Justyna Steczkowska, oprócz nóg, lubi też podkreślać, że jest muzykiem. Tym bardziej dziwi więc jej ostatnie dzieło „Universe”, gdzie głosu piosenkarki tyle, co na lekarstwo. Dominuje obraz, elektronika i pogłos zrobiony na komputerze. I to wszystko pod pretensjonalnym pseudonimem Maria Magdalena. Byłam bezradna po zapoznaniu się z utworem, tym bardziej że Steczkowska ma opinię posiadaczki jednego z najwspanialszych polskich głosów o niespotykanej skali. Do tego nogi najdłuższe w show-biznesie i nieprzeciętna uroda. Taki jest wizerunek. A jaka prawda? – Justyna Steczkowska ma dużą skalę głosu, ale nie trzeba mieć dużej skali, by wydobyć takie dźwięki, jak ona to robi. Równie dobrze można wziąć piszczałkę albo listek i na nich wydobyć podobne dźwięki. Głos ma być przede wszystkim ładny. Dźwięki, jakimi ostatnio karmi nas Justyna, ładne nie są. To tak jakby mieć komplet 25 garnków, z których ani jeden ci się nie podoba. Na egzaminach do szkół muzycznych sprawdza się skalę głosu, ale jak kandydat ma barwę piły, to Rossiniego nie zaśpiewa – tłumaczy Dorota Curyłło, nauczyciel śpiewu oraz emisji głosu w Studiu Wokalnym im. Jerzego Wasowskiego w Warszawie. Curyłło zwraca uwagę na liczne maniery Steczkowskiej, które sprawiają, że jej intonacja również pozostawia wiele do życzenia. – Aby uzyskać wysoki dźwięk, Justyna używa często glissanda czyli najpierw robi pod niego podjazd. W efekcie zdarza jej się nie trafić z dźwiękiem w punkt i wychodzi nieczysto. Śpiewając głównie w rejestrze głowowym, nadużywa glissand i takich wysokich dźwięków, na których tekst jest niemożliwy do zaśpiewania. Na dodatek te wysokie dźwięki nie są przyjazne dla ucha. Nie robi też łagodnych przejść między rejestrami głowowym a piersiowym. W rezultacie, słuchając jej jednej piosenki, ma się wrażenie jakby dwie osoby ją śpiewały. Tak było choćby w utworze „Upiór w operze” zaśpiewanym w duecie z Januszem Radkiem.  Te maniery związane są z egzaltacją artystki. Justyna na pewno bardzo się sobie podoba – dodaje Dorota Curyłło. A co profesjonalista sądzi o najnowszym dziele piosenkarki? – W teledysku nie ma nic nowego. Jean Michel Jarre 40 lat temu tworzył bardziej zaskakujące kompozycje, a było to w czasach, gdy nie mieliśmy takich możliwości technicznych jak dziś. To w ogóle nie jest piosenka a wokaliza, oparta zaledwie na 3,4 dźwiękach. Każdy z nas je ma, a już na pewno wszystkie małe, piszczące dziewczynki. W dodatku bardzo egzaltowana, wniebowstąpienie wręcz i anielskie głosy – uważa Curyłło. Nie tylko w ostatnim klipie Steczkowskiej jest tak mało muzyki. Na scenie gwiazda skupiona jest na tym, by przyjąć odpowiednią tzn. seksowną pozę. Specyficznie trzyma też mikrofon, przebierając palcami jak na flecie. Czy obraz ma odciągnąć uwagę widza od muzyki? Możliwe. Ale dlaczego? Czyżby piosenkarka zdawała sobie sprawę ze swych słabości technicznych? Na pewno ułatwia sobie ona śpiewanie, stosując pewne triki. Zwróciła na to kiedyś uwagę Małgorzata Walewska w jednym z odcinków programu „Twoja twarz brzmi znajomo”, żartując, że Steczkowska robi tzw. vibrato mikrofonowe. Zamiast naturalnie wprawić w drżenie struny głosowe odsuwa i przysuwa do siebie mikrofon, dając złudzenie vibrato. A co z najdłuższymi nogami w show-biznesie? Spotkałam kiedyś piosenkarkę u szewca przy ul. Foksal, robiącego buty na zamówienie gwiazd. Zamawiała sobie egzemplarz na mniej więcej 25-centymetrowym obcasie i platformie 7 cm. Zapraszana do „Pytania na śniadanie” zamiast na kanapie siada zwykle na poręczy, żeby bardziej wyeksponować nogi w kamerze. – Nie ma najlepszych nóg, ale najlepiej je sprzedaje – powiedziała mi kiedyś prezenterka telewizji publicznej. Co zaś do nieprzeciętnej urody wokalistki, rozmawiałam o tym niedawno z makijażystką gwiazd. Zdradziła mi, prosząc o dyskrecję, że tajemnicą perfekcyjnego wyglądu Steczkowskiej jest jej współpraca od lat z tą samą makijażystką. – To Ewa Gil, ona zna świetnie twarz Justyny. I, o ile my wszystkie malujemy się w ten sposób, że podkreślamy to, co ładne, a tuszujemy niedoskonałości, to u niej to jest posunięte o wiele dalej. Ewa po prostu maluje twarz Justyny od nowa jak obraz na płótnie. Zgodnie z koncepcją, którą obie sobie wcześniej założyły. Tak namalowana od podstaw twarz zawsze jest ładna, ale jednocześnie wygląda sztucznie – usłyszałam od makijażystki. Do tego trzeba dodać włosy, którymi diwa zarzuca ochoczo na scenie, przyjmując pozę  syreny. Gwoli jasności: są one doczepione, Steczkowska od lat jest ambasadorką firmy  oferującej takie usługi z wykorzystaniem włosów zachodnich, słowiańskich i azjatyckich do wyboru. No i mamy efekt „kobiety o nieprzeciętnej urodzie, najdłuższych nogach w show-biznesie i niespotykanej skali głosu”. Tyle jest warta prawda w świecie gwiazd. Chciałabym, by pamiętały o tym wszystkie zakompleksione kobiety, gdy czekając w kolejce do fryzjera, zachwycają się kolejną okładką z Justyną Steczkowską.

Eugeniusz Bodo znów zaśpiewa

Właśnie dostałam zaproszenie na konferencję prasową nowego serialu TVP „Bodo”. To biograficzna opowieść o Eugeniuszu Bodo, jednym z najsłynniejszych i najbardziej malowniczych artystów przedwojennego kina i kabaretu.  Od dawna cieszę się, że TVP wpadła na ten pomysł. Zbyt mało u nas filmów i seriali biograficznych. A wszystko przez prawo, które niezwykle restrykcyjnie chroni wizerunek historycznych bohaterów. Efekt: producenci i telewizje boją się realizować biografie w obawie przed procesami ze strony spadkobierców. Potwierdza to Jacek Samojłowicz, producent m.in. „Wojny polsko-ruskiej” i „Tajemnicy Westerplatte”. – W Polsce bardzo łatwo zostać oskarżonym o to, że bezcześci się czyjąś pamięć czy wizerunek. Spadkobiercy chcieliby na ogół, by ich bliskich przedstawiać jako postaci pomnikowe, ulukrowane. Jeśli przykładowo bohater był postacią wybitną, ale przy okazji miał słabość do alkoholu, to spadkobiercy woleliby pozostać przy tym pierwszym aspekcie. Takie manipulowanie faktami jest jednak nudne i nie przyciągnie widza, który chce zobaczyć na ekranie człowieka z krwi i kości. Producenci boją się więc brać za takie produkcje, tym bardziej że sprawy w polskich sądach ciągną się latami. A to oznacza stracony czas i pieniądze – mówi mi Jacek Samojłowicz. Z tego, co wiem, niemałe pieniądze, takie że polskim producentom w przeciwieństwie do ich zachodnich kolegów nie opłaca się inwestować w biografie. Nieprzypadkiem serial o Annie German został nakręcony w Rosji i nieprzypadkiem na razie nie widać szans na ekranizacje losów takich gwiazd popkultury jak choćby Czesław Niemen, Anna Jantar czy Violetta Villas. Tym bardziej więc warto docenić fakt, że powstaje serial o Eugeniuszu Bodo. Jego obsada, którą jako pierwszej udało mi się zdobyć w moich tajnych źródłach w TVP, też wydaje się interesująca. W głównej roli wystąpi Antoni Królikowski, który moim zdaniem, ma dużo wdzięku i naturalny talent. Z tego, co wiem, młody aktor już bierze regularne lekcje śpiewu. Oprócz niego na ekranie zobaczymy Joannę Kurowską, Magdalenę Stużyńską, Agnieszkę Wosińską, Bartka Kasprzykowskiego, Tomasza Schuchardta i prawdopodobnie, niestety, Edytę Herbuś. Piszę „niestety”, bo moim zdaniem tancerka nie pasuje wizerunkowo do prestiżowej produkcji telewizji publicznej. Za kamerą stanie prawdopodobnie Michał Kwieciński, producent „Czasu honoru” i wielki miłośnik polskiej historii. Serial zapowiada się szlachetnie, duża ilość scen ma być kręcona w naturalnych wnętrzach, kostiumy z epoki mają zostać sprowadzone z zagranicy. Trzymam kciuki za „Bodo”.

Bronx w centrum Warszawy

Prof. Mikołejko miał rację, kiedy pisał o wózkowych. Ja wciąż spotykam wózkowych i to obojga płci. To rodzice, którzy uważają, że z samego faktu bycia rodzicami należą im się przywileje. Wczoraj na przykład byłam na siłowni w plenerze. W pewnym momencie zauważyłam, że jestem jedyną dorosłą osobą ćwiczącą, wszystkie urządzenia oblepione były różowymi krzyczącymi bąblami. I pojawiały się wciąż nowe, przyprowadzane ochoczo przez rodziców, którzy siłownię traktują jak plac zabaw. Nie zważają, że na tablicy jak wół stoi, że to siłownia dla dorosłych i że prawdziwy plac zabaw dla dzieci mają parę metrów dalej. A poza tym, te urządzenia dla dwu- i trzylatków są naprawdę niebezpieczne. Nic jednak do wózkowych nie dociera. Oni rządzą. To jeden z wielu przykładów dyskryminacji bezdzietnych, którzy w dodatku, według pomysłów Ewy Kopacz, mają łożyć na to całe rozbestwione towarzystwo. Premier bowiem ma w planach przyznanie becikowego całorocznego.  1000 złotych miesięcznie mają otrzymywać wszystkie matki po urodzeniu dziecka, nawet bezrobotne i studentki. Ręce opadają. Jeśli ktoś jest tak niezaradny, że nie może utrzymać nawet siebie, to znaczy że nie spełnia elementarnego wymogu bycia rodzicem i nie powinien się rozmnażać. Chcemy sobie Bronx zafundować i wyhodować środowiska, gdzie z pokolenia na pokolenie przekazuje się bezrobocie i niezaradność?! Ja się na to nie godzę.

Tabloid z Woronicza

Humorystyczne zakończenie miał ostatni odcinek programu „Tomasz Lis na żywo”. Jego gościem był aktor Marek Bukowski, który skarżył się na dziennikarzy, piszących o nim po tym, jak został zatrzymany kilka miesięcy temu przez policję za posiadanie niewielkiej ilości narkotyków. Oczywiście, nie wszyscy dziennikarze to hieny, niszczące osoby publiczne, na pewno nie jest takową Tomasz Lis, inaczej aktor nie przyszedłby do jego programu. Nawet podziękował mu za zaproszenie i okazję do przedstawienia swoich racji. Zatem aktor się skarżył, dziennikarz słuchał empatycznie. Po czym na zakończenie wydania Tomasz Lis przeprosił burmistrza Piaseczna za to, że kilka tygodni temu niesłusznie oskarżył go o zatrzymanie za korupcję.  Wyglądało to groteskowo. Oto jedyny sprawiedliwy w polskich mediach wylądował w jednym worku  z hienami z kolorówek. Tym kończy się wprowadzanie sztucznego podziału na tzw. dziennikarzy z „wyższej półki medialnej” (określenie Seweryna Blumsztajna) i dziennikarzy tabloidów, którym ci z „wyższej półki”, wręcz odmawiają prawa do używania nazwy „dziennikarz”, proponując określenia: „media worker”  czy „pracownik mediów kolorowych”. Otóż, w czasach powszechnej tabloidyzacji wszyscy jesteśmy dziennikarzami szmatławców.  I nie ma co się tego wypierać i sztucznie dowartościowywać kosztem kolegów. Jak to robi Seweryn Blumsztajn, kiedy deklaruje: „Mnie z dziennikarzem tabloidu łączy bardzo mało. Mamy inne normy dziennikarskie, inne normy etyczne, inny język”. Bzdura. Pisałam, zarówno do jego ukochanej „Gazety Wyborczej”, jak i do „Super Expressu”. I za każdym razem na tyle byłam sobą, na ile pozwoliła mi redakcja. Bo dziennikarstwo to nie pisanie poezji i ekspresja wolnego ducha, a rzemiosło uprawiane zgodnie z linią redakcyjną. Zamiast więc leczyć swoje kompleksy kosztem kolegów z tabloidów lepiej wspólnie zastanowić się, czy w ogóle jesteśmy w stanie zaradzić procesowi tabloidyzacji, do czego on prowadzi i jak się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Do tego inspiruje mnie wpadka Tomasza Lisa.

Aktorski dwugłos na sprawę polską

Dowiedziałam się, że po ostatniej wypowiedzi Bożeny Dykiel, w której skrytykowała ona prezydenta Komorowskiego oraz rządzących, aktorkę spotykają nieprzyjemności ze strony środowiska artystycznego. Koledzy zarzucają jej, że przez krytykowanie władzy, wygra Duda z PiS i że w ogóle Dykiel jest moherem oraz ludem smoleńskim. Przykre. Zaciekawiło mnie, jak na sytuację patrzy Joanna Szczepkowska, która nieraz mogła odczuć ostracyzm ze strony własnego środowiska. – Pani Bożena nie wie, co to jest ostracyzm. Żeby się o tym przekonać, potrzeba wielu miesięcy, jeśli nie lat. Ona ma stałą pracę, jest serialową aktorką, może czuć się bezpieczna. Nie ma powodu do obaw – mówi Joanna Szczepkowska. A co aktorka sądzi o poglądach koleżanki po fachu? – Takie zdanie o rządzących można by wygłosić w każdym kraju europejskim i w każdym zyskałoby ono poklask. To bardzo ogólny pogląd, nie wnoszący nic nowego. Komorowski ma różne wady, ale na pewno nie jest grabieżcą. Nazywanie go tak to czysty populizm – uważa Joanna Szczepkowska. Mam nadzieję, że ma rację co do środowiskowego ostracyzmu. Ja podzielam zdanie Bożeny Dykiel i cieszę się, że skrytykowała władzę. A tego, że Komorowski buchnął moje oszczędności w OFE, nigdy mu nie wybaczę.

Spiż nie dla Przybylskiej

Nasz naród, dzięki Bogu, nie zgłupiał do reszty. Nie będzie pomnika Anny Przybylskiej w Gdyni. Okazuje się, że to co pisały wcześniej tabloidy, to była ich „licentia poetica”, jak mówi rzeczniczka prasowa Urzędu Miasta Gdyni.  – Nie ma i nie było takich zgłoszeń ani planów. Ani ze strony rodziny, ani przyjaciół czy wielbicieli zmarłej. W takich sytuacjach z reguły występuje z wnioskiem jakaś grupa społeczna, organizacja czy stowarzyszenie. I przedstawia go Radzie Miasta. Ta zatwierdza nazwy ulic, placów, nadaje status pomnikom. Na ogół też owa grupa podejmuje jakiś wysiłek finansowy – wyjaśnia w rozmowie ze mną Joanna Grajter, rzeczniczka prasowa Urzędu Miasta Gdyni. Mam nadzieję, że tak pozostanie. Wystarczy nam już pomników Lecha Kaczyńskiego. Sama śmierć, choćby tragiczna to za mało, by kogoś czcić, zwłaszcza za publiczne pieniądze. A moją opinię o twórczości Anny Przybylskiej zawarłam w tekście z grudnia zeszłego roku „Anna Przybylska. Prawda i mit”.

Błogosławione skutki polskiej biedy

Zabawny jest Radosław Piwowarski.  Deklaruje, że chętnie nakręci film o Beacie Kozidrak, pod warunkiem, że mąż piosenkarki znajdzie pieniądze. A jeszcze parę miesięcy temu reżyser obiecywał obraz o Annie Przybylskiej. Tamten projekt rozmył się dokładnie z tego samego powodu: brak kasy. Bo, nie jest prawdą to, co pisały tabloidy, że powodem rezygnacji z filmu o Przybylskiej była niezgoda rodziny celebrytki, lecz właśnie brak kasy. Wygląda na to, że Radosław Piwowarski jest gotów zrobić film o każdym, jeśli tylko ktoś przyniesie mu worek pieniędzy. W sumie zrozumiałe, bo z finansami w polskim biznesie produkcyjnym jest naprawdę fatalnie. Ale też dobrze, że nie jest tak łatwo znaleźć fundusze na film. Dzięki temu mamy mniej gniotów na rynku, np. opowiadających o tym, że bohaterka urodziła się, zakochała i umarła. Albo urodziła się i śpiewa. Trzeba docenić wkład Piwowarskiego w jakość polskiej kinematografii.

Afera spikera

Naprawdę nastąpił już czas, by nazwać rzeczy po imieniu. W trwającej właśnie aferze, której bohaterem jest Kamil Durczok, broniący go koledzy ze stacji mówią o zaszczuciu jednego z najwybitniejszych polskich dziennikarzy. Otóż, nie mają racji. Kamil Durczok nie jest nawet dziennikarzem, nie mówiąc o wybitności. To pan czytający teksty z promptera czyli prezenter albo, jak się dawniej mówiło o Krystynie Losce, spiker. Nie przypominam sobie jakiegokolwiek newsa przez niego zdobytego, a to jest istotą dziennikarstwa. Gdy się już posiądzie tę umiejętność, można snuć głębokie publicystyczne analizy, które wstrząsają całą Polską. A tego „redaktor” też nie uprawia. Najwyżej wyjdę na kabotyna, ale trzeba się poświęcić dla sprawy i jasności umysłu narodu, więc wspomnę o moim wywiadzie z Dodą dla dziennika.pl, który cytowały media na całym świecie, łącznie z australijskimi i amerykańskim „Washington Post”. „Redaktor” Kamil może o tym tylko pomarzyć. Tytuł „Dziennikarza Roku” przyznawany przez branżowy magazyn „Press” dostał, moim zdaniem,  za raka a nie za umiejętności dziennikarskie. Może je posiada, nie wiem, w każdym razie ich nie ujawnia. Ujawnia za to dramatycznie słabą świadomość poprawności językowej. Z uporem maniaka błędnie akcentuje na 3. sylabę od końca takie wyrazy jak: bijatyka, pijatyka, Watykan, Zaucha. Tymczasem mają one tradycyjny polski akcent paroksytoniczny na przedostatnią sylabę od końca. Do tego nie odmienia nazwisk typu Ziobro, podczas gdy polska fleksja nie jest wymysłem językoznawców, ale pełni bardzo ważną funkcję w komunikacji jako związana z semantyką.  Brak odmiany jest szczególnie niebezpieczny, bo wynika z wpływu angielszczyzny na język polski, który przyjmuje już takie rozmiary, że zagraża istocie naszego języka. Dziennikarz mający ogromny wpływ na ludzi powinien chronić polszczyznę, a nie przyczyniać się do jej zaniku, który niestety, prędzej czy później nastąpi. Wygląda na to, że spiker Kamil Durczok nie ma zupełnie tej świadomości.

PS. Poniżej mój stolik w geście niesolidarności z Kamilem Durczokiem.Dwie Natalie 1 210