Nie nadążamy za Sikorskim

Radosław Sikorski znowu w centrum politycznej burzy. Tak to jest, kiedy się ignoruje zasadę „właściwy człowiek na właściwym stanowisku”.  Sikorski nie powinien być bowiem „tylko” marszałkiem sejmu, a nadal szefować polskiej dyplomacji. Przy całej mojej krytyce rządów Platformy Obywatelskiej uważam, że był on najjaśniejszym punktem gabinetu Donalda Tuska. I dziś po prostu nie mieści się w zakreślonych mu ciasnych ramach urzędnika państwowego. Jest zbyt aktywny jak na fotel marszałkowski. I zbyt mocny w polityce zagranicznej, dlatego wszedł w kompetencję szefa dyplomacji. Ta aktywność Sikorskiego jest dla mnie zaletą adekwatną do trudnej sytuacji międzynarodowej, w której się znaleźliśmy. Szkoda, że premier Kopacz tego nie rozumie i nie chce jej wykorzystać. Co gorsza, przekierunkowuje właśnie polską politykę zagraniczną na bardziej „pragmatyczną”. W tłumaczeniu na język polski znaczy to: pasywną, wtórną, nie narzucającą Zachodowi naszej optyki w patrzeniu na sprawy Wschodu. Błąd fundamentalny. Moim zdaniem, teza sformułowana przed laty przez Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego, że nie ma wolnej i bezpiecznej Polski bez wolnej i bezpiecznej Ukrainy, jest nadal aktualna. W przeciwnym wypadku, prędzej czy później będziemy zagrożeni ze strony Rosji. A na pewno nie kupimy tego bezpieczeństwa, będąc w stosunku do jej władców spolegliwi. Sikorski jako jeden z nielicznych rozumie do doskonale. Walczył na froncie w Afganistanie, kto jak nie on może być pozbawiony złudzeń co do Moskwy? Większość polityków, zwłaszcza na tzw. Zachodzie, niestety, jest. Sikorski jako minister spraw zagranicznych ich z tych złudzeń odzierał. Dziś ta polityka powinna być kontynuowana. Bo dziś szaleni rosyjscy politycy podrzucają dziennikarzom wrzuty na temat tego, ile czasu potrzeba, by bomba wystrzelona z Moskwy doleciała do Warszawy. Wydaje się to fantasmagorią podobnie, jak kilka lat temu fantasmagorią były opowieści o zaborze Ukrainy. Bo że takie słowa z ust Putina padły, nie wątpię, choć dziś Sikorski musi się ich wypierać, by ratować pozycję własną jako marszałka,  i Tuska jako szefa RE. Nie przypadkiem jednak powiedział to, co powiedział w rozmowie z amerykańskim dziennikarzem politico.com. I dopóki jego potencjał jako dyplomaty i polityka będzie marnowany przez nasze państwo, dopóki będzie on enfant terrible polskiej polityki. Ku szkodzie nas wszystkich.

Skandal

Chcę zostać ministrem spraw zagranicznych. Schetyna może, to ja też mogę. Inaczej nie da się skomentować tego, co się stało. Tego lekceważenia kompletnego braku kompetencji. Nigdy, przenigdy w historii III RP sprawy zagraniczne nie zostały tak bez wstydu rzucone na pożarcie partyjnych interesów. I to w momencie ogromnego, niespotykanego jak dotąd zagrożenia, za naszą granicą trwa przecież wojna. Donald Tusk wprowadził zasadę „Program partii programem narodu”. Teraz zaś obowiązuje jeszcze bardziej twórcze jej pogłębienie: „Program partii ważniejszy od programu narodu”. Nominacja Schetyny  idealnie to pokazuje.

O Tusku na Wawelu

Wiadomość o wygranej Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej zastała mnie w Krakowie. Tuż po zwiedzaniu Wawelu. Trudno mi wyrazić, jak bardzo się ucieszyłam. Krzyczałam z radości i tłumaczyłam mojej siostrzenicy, dlaczego to takie ważne wydarzenie i dlaczego powinien bić dzwon Zygmunt. Oczywiście, nie bił, bo aktualny zarządzający katedrą ma słabe wyczucie historyczne (w przeciwnym wypadku nie pochowałby tam prezydentostwa Kaczyńskich), ale powinien. Bo naprawdę, i tu zgadzam się z Tomaszem Lisem, to pierwszy raz od czasów Jagiellonów, kiedy  Polak będzie mieć wpływ na politykę europejską. Jaki dokładnie, tego jeszcze nie wiadomo, wiele zależy od samego Tuska, urząd przewodniczącego rady dopiero się kształtuje i przy pewnej dozie sprytu politycznego premier może jego kompetencje rozciągnąć. Ważne, że ta nominacja następuje w bardzo trudnym momencie wojny na Ukrainie. Tusk wniesie polski punkt widzenia na ten konflikt na salony Zachodu. Francuzi, Włosi czy Hiszpanie  nie odczuwają przecież grozy sytuacji. Odejście Tuska ze stanowiska premiera otwiera jednocześnie nowe możliwości w kraju. Po kilku latach jest wreszcie szansa na przełamanie klinczu w polityce, który tworzył konflikt Tusk-Kaczyński. Mam też nadzieję na koniec Jarosława Kaczyńskiego. Niemłody już prezes będzie mieć trudności z odnalezieniem się w sytuacji, w której nie ma wroga. Kaczyński przecież od zawsze czyli od czasów Porozumienia Centrum takiego wroga miał. Inaczej, po prostu, nie potrafi funkcjonować. Jednym słowem wygrana Tuska na szefa Rady Europejskiej otwiera nowy rozdział. I w Europie, i w Polsce. Takie miałam refleksje, patrząc na Wawel. Wawel, Wawel… Symbol naszej potęgi. Za Jagiellonów byliśmy jednym z największych mocarstw ówczesnego świata. Nasza dynastia rywalizowała o dominującą pozycję w Europie z Habsburgami. Carami Rusi nie musiała zawracać sobie głowy. Ich pozycja była słaba i nie liczyła się na kontynencie. Państwo Jagiellonów było jednocześnie w swojej istocie pierwszą Unią Europejską. Na mocy układu z Krewa powstała przecież unia polsko-litewska, dobrowolnie łączyły się ze sobą dwa organizmy państwowe: Korona Polska i Wielkie Księstwo Litewskie. Taki ruch władców Polski i Litwy podyktowany był poczuciem zagrożenia ze strony Zakonu Krzyżackiego. I okazał się skuteczny, zakon pokonano. Unia miała narody łączyć, ale respektowała ich autonomię. Stąd historycy spod znaku prof. Jerzego Kłoczowskiego uważają ją za pierwszą formę wspólnoty europejskiej. Tak, tak unię europejską wymyśliliśmy my. Mam nadzieję, że Donald Tusk, w końcu historyk, zdaje sobie z tego sprawę i poniesie ten kaganek oświaty do Brukseli. A jak się skończyły losy unii polsko-litewskiej, niech już lepiej nie wspomina, bo od czasu, jak w XVII wieku przegwizdaliśmy rywalizację z Rosją o pozycję lidera w Europie Środkowo-Wschodniej, zaczął się nasz regularny zjazd w dół. Trwał on aż do roku 1945 i skończył się monoetnicznym kadłubkowatym państwem, trzykrotnie mniejszym od ojczyzny Jagiellonów. Dziś jego przedstawiciel staje na czele Europy. Dobre i to. A Wawel wzruszać mnie będzie niezmiennie.

Donald Tusk a „kompleks polski”

Donald Tusk złożył życzenia Ukrainie z okazji jej święta narodowego. Życzenia po ukraińsku, ale w transksypcji angielskiej. Czyżby kolejny przejaw „kompleksu polskiego”? Wszak immanentną cechą polskiego premiera jest chwiejność, niezdecydowanie i potrzeba podobania się wszystkim czyli nikomu. Słowem: idealne wcielenie witkacowskiego bohatera rozdartego między Wschodem a Zachodem. Tym razem, na szczęście, jego angielszczyzna jest zrozumiała. Uspokoił mnie Michał Rusinek, były sekretarz Wisławy Szymborskiej. – Wprawdzie taki zapis po angielsku wygląda śmiesznie, zwłaszcza dla Polaka, ale w przypadku przywódcy państwa jest zrozumiały. Bo bardziej chodzi tu o aspekt międzynarodowy niż międzysłowiański – uważa Rusinek.

Tusk boi się Brukseli

Wszystko idzie zgodnie z moim przeczuciem. Niestety. Tusk jest za „cienki Bolek”, by się zdecydować na stanowisko w Brukseli. Woli pozostać w kraju, bo tu na naszym poletku może rozgrywać z powodzeniem swoje gierki i nikt nie jest mu w stanie podskoczyć. A w Brukseli byłoby zapewne ciężej, woli więc nie ryzykować. „Ciepła woda w kranie” jak zawsze. Do Brukseli Tusk woli wysłać Radosława Sikorskiego, jedynego polityka, który nie boi się być stanowczy i mówić, co myśli. W moich oczach minister spraw zagranicznych nie stracił nawet po taśmach. Powiedział, po prostu to, co i tak większość Polaków myśli. W przeciwieństwie do Belki i Sienkiewicza, których pozostawanie na stanowiskach jest skandalem. Szkoda, jeśli nie będzie już szefem naszej dyplomacji, choć może jako komisarz spraw zagranicznych UE wywalczy więcej w sprawach Ukrainy. Jedno jest pewne: nie uwolnimy się od Tuska. A to gwarancja marazmu i klinczu na kolejne miesiące.

Tusk na Madagaskar

Zgadzam się z redaktorem Passentem. http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103087,16329898,Passent__Kandydatura_polskiego_premiera_dobra_dla.html#BoxSlotI3img. Donald Tusk ustępujący ze stanowiska premiera to samo dobro dla nas. I okazja do przerwania klinczu w polskiej polityce, o którym pisałam w „Nowej zdradzie klerków”. Może funkcję szefa rządu objąłby wówczas któryś z odważniejszych polityków i zaczął wreszcie działać. Tusk nie spełnił chyba miliona obietnic, politykę traktuje nie jak stawianie sobie ambitnych celów i ich realizację dla dobra ogółu, a prowadzenie gierek, które mają wzmocnić jego własną pozycję w partii i narodzie. W efekcie wyciął większość zdolniejszych i silniejszych współpracowników ze swojego otoczenia, a Polska pęcznieje od niezałatwionych spraw. Jak rządzący chcieli rozwiązać problem choćby deficytu budżetowego pokazała rozmowa Belki z Sienkiewiczem na taśmach „Wprost”. I w dodatku nie ponieśli żadnych konsekwencji. Zatem: „Tusk musi odejść!”. Wszystko jedno gdzie: do Brukseli czy na Madagaskar. Obawiam się jednak, że: po pierwsze, news o propozycji stanowiska szefa Rady Europejskiej może się okazać kaczką dziennikarską, a po drugie, jeśli nawet, to dygotalnemu premierowi zabraknie odwagi, by ją przyjąć.