Słownik PiS czyli gwałt na języku polskim

Przeczytałam świetny materiał w „Gazecie Wyborczej” „Alfabet IV RP bis”. Od dawna myślałam o napisaniu słownika PiS, bo to, co jego politycy robią z polszczyzną, to bez żadnej przenośni gwałt na języku. Manipulacja, zmienianie znaczenia poszczególnych słów i wyrażeń, wyciąganie z kontekstu to stałe praktyki, które służą kreowaniu nieprawdziwej wersji rzeczywistości oraz historii.  Ten gwałt na polszczyźnie to druga najgorsza rzecz, którą politycy tej partii robią dziś poza łamaniem konstytucji. Bardzo niebezpieczna, bo to ona zapewniła Jarosławowi Kaczyńskiemu rząd dusz i w efekcie sukces wyborczy. I tak naprawdę dowód na postawę niepatriotyczną, bo moim zdaniem nie można być patriotą, nie szanując języka ojczystego. Trzeba dekonstruować ten kod i odkłamywać historię, bo inaczej nigdy nie wyjdziemy z oparów absurdu i niedługo dowiemy się, że zwycięstwo pod Grunwaldem było możliwe dlatego, że Jagiełło należał do PiS. Oto moja mała próbka słownika polszczyzny według PiS:

polegli – ofiary wypadków komunikacyjnych lub zamordowani w czasie strajku o podwyżkę

patriotyzm – popieranie PiS

zdrada narodowa czyli współczesna Targowica – krytykowanie partii rządzącej

dziedzictwo – brak pomysłu na prezydenturę, obrażanie się na satyrę, niechęć do zajmowania nudną pracą nad ustawami, a zamiast tego wielogodzinne gawędziarstwo na tematy wszelkie ze współpracownikami. Obejmuje też wykorzystywanie rocznic historycznych do celów partyjnych i słuchanie brata.

niepokorni – zafascynowani Jarosławem Kaczyńskim

Trybunał Konstytucyjny – grupa polityków opozycyjnych, którzy przeszkadzają rządowi służyć narodowi: dawać 500 zł na dziecko, podwyższyć kwotę wolną od podatku, obniżyć wiek emerytalny.

Ryszard Petru – przedstawiciel banksterów i tajny członek PO

media narodowe – media, które głoszą chwałę PiS

ustawa naprawcza – ustawa łamiąca konstytucję, przygotowana w ciągu 24 godzin, najlepiej w nocy bez konsultacji ekspertów

oficjalna delegacja zagraniczna – wczasy all inclusive na koszt podatników obejmujące liczne atrakcje turystyczne typu zwiedzanie muru chińskiego czy przejażdżki rikszą w Szanghaju i Pekinie.

rokosz – przestrzeganie konstytucji przez prezesa Trybunału Konstytucyjnego

wyrok sądu – subiektywna opinia grupy prawników tudzież wolna interpretacja tychże

niepodległość – odzyskaliśmy ją niedawno bo zaledwie 25 października. Możemy zatem wreszcie po latach niewoli i zaborów śpiewać: „Ojczyznę wolną pobłogosław, Panie”. Wcześniej mieliśmy kondominium polsko-niemieckie, w którym kanoniczna wersja „Roty” brzmiała: „Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie”. Niestety, niepodległość nie jest dana raz na zawsze. W każdej chwili wraże siły mogą ją nam zagarnąć. Dziś ich ośrodkiem jest Trybunał Konstytucyjny. Kiedyś była to Unia Europejska, przeciwnicy dekomunizacji, łże-elity i media polskojęzyczne.

sfałszowane wybory – wybory, w których PiS przegrało

asysta wojskowa – ośmieszanie i wykorzystywanie wojska dla celów partyjnych

PS. Można jeszcze stworzyć historyczny słownik języka polskiego według PiS, bo politycy tej partii mają od lat duże zasługi w manipulowaniu językiem. W tej publikacji powinny znaleźć się takie pojęcia jak: gruba kreska, przyśpieszenie, walka z układem, łże-elity, lustracja, dekomunizacja,  Polska solidarna i Polska liberalna.

 

 

 

 

 

 

 

 

Poważnie o Polsce koło beczki z małosolnymi

W wigilię w sklepie spożywczym Alma, a dokładnie koło beczki z ogórkami małosolnymi spotkałam ministra Mariusza Kamińskiego. Zaledwie kilka godzin wcześniej o 4. nad ranem jego partia przegłosowała w Senacie ustawę rozjeżdżającą Trybunał Konstytucyjny. – Panie ministrze, co wy robicie? – zakrzyknęłam zatem wzburzona. A on na to: Dobrze robimy. – Rozwalacie Trybunał Konstytucyjny, łamiecie konstytucję, demontujecie III RP! – prawie że krzyczałam na pół sklepu.  Wygarnęłam mu wszystko, co w kwestii aktualnej demolki PiS leży mi na wątrobie. Mariusz Kamiński jak mantra powtarzał, że będzie dobrze, że zmienię za rok zdanie i że w ogóle jest wigilia i życzy mi wszystkiego najlepszego. Niestety, nie mogłam odpowiedzieć mu tym samym, bo ja szczerze życzę panu ministrowi i jego kolegom, żeby jak najszybciej stracili władzę.  Dla dobra Polski. Usiłowałam przemówić mu do sumienia, przywołując najwspanialsze karty polskiego konstytucjonalizmu, wbrew którym działają. Apelowałam więc, by pamiętał o Konstytucji 3 maja, pierwszej w historii Europy, o czym na zachodzie prawie nikt nie wie. – Ja bardzo szanuję Konstytucję 3 maja, jestem historykiem – zapewniał mnie Kamiński. – I co z tego, Duda jest prawnikiem, a co robi z prawem? – odparowałam. Mówiłam, że moim zdaniem to, co się dzieje, to czasy saskie i liberum veto, bo jak inaczej nazwać wymóg głosowania 2/3 sędziów, paraliżujący Trybunał? Niestety, minister był kompletnie zamknięty na moje argumenty. Powtarzał, że wygrali wybory, mają mandat i będą realizowali swój program.  Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek tak bardzo nie mogła znaleźć z kimś wspólnego języka. A szczerze chciałam dojść do jakiejś wspólnej konkluzji. Gdy Kamiński zapewniał mnie, że nie ograniczą praw obywateli i że nadal będzie wolność słowa, spytałam więc: – Zatem na moim blogu będę mogła napisać, że uważam Jarosława Kaczyńskiego za największego szkodnika RP i pan mnie nie aresztuje? Tu ministra zatkało.  Potrzebował chwili, by odpowiedzieć: Nie. Najwyżej pan prezes panią pozwie. – To dobrze, to będę pisała prawdę – odpowiedziałam. Ale najciekawsze było to, że w trakcie całej naszej dyskusji nikt w sklepie nie zwracał na nas uwagi, ludzie mijali nas z koszykami i z kompletnie obojętnymi minami. Moglibyśmy się pobić, a oni udawaliby, że nic nie widzą. To jest chyba ta znieczulica, która daje o sobie znać, gdy ktoś umiera na przystanku, a przechodnie nie reagują. Dopiero pod koniec mojej rozmowy z Kamińskim jeden z kupujących odezwał się. – Proszę pani, szkoda czasu i energii.  Kamiński chyba uznał, że staje po jego stronie, bo od razu rzucił się do składania życzeń owemu panu. Ja zaś tłumaczyłam, że nie zgadzam się absolutnie z tą postawą. – Oni muszą wiedzieć, co ludzie o nich myślą – powiedziałam. I tak uważam.

O Tusku na Wawelu

Wiadomość o wygranej Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej zastała mnie w Krakowie. Tuż po zwiedzaniu Wawelu. Trudno mi wyrazić, jak bardzo się ucieszyłam. Krzyczałam z radości i tłumaczyłam mojej siostrzenicy, dlaczego to takie ważne wydarzenie i dlaczego powinien bić dzwon Zygmunt. Oczywiście, nie bił, bo aktualny zarządzający katedrą ma słabe wyczucie historyczne (w przeciwnym wypadku nie pochowałby tam prezydentostwa Kaczyńskich), ale powinien. Bo naprawdę, i tu zgadzam się z Tomaszem Lisem, to pierwszy raz od czasów Jagiellonów, kiedy  Polak będzie mieć wpływ na politykę europejską. Jaki dokładnie, tego jeszcze nie wiadomo, wiele zależy od samego Tuska, urząd przewodniczącego rady dopiero się kształtuje i przy pewnej dozie sprytu politycznego premier może jego kompetencje rozciągnąć. Ważne, że ta nominacja następuje w bardzo trudnym momencie wojny na Ukrainie. Tusk wniesie polski punkt widzenia na ten konflikt na salony Zachodu. Francuzi, Włosi czy Hiszpanie  nie odczuwają przecież grozy sytuacji. Odejście Tuska ze stanowiska premiera otwiera jednocześnie nowe możliwości w kraju. Po kilku latach jest wreszcie szansa na przełamanie klinczu w polityce, który tworzył konflikt Tusk-Kaczyński. Mam też nadzieję na koniec Jarosława Kaczyńskiego. Niemłody już prezes będzie mieć trudności z odnalezieniem się w sytuacji, w której nie ma wroga. Kaczyński przecież od zawsze czyli od czasów Porozumienia Centrum takiego wroga miał. Inaczej, po prostu, nie potrafi funkcjonować. Jednym słowem wygrana Tuska na szefa Rady Europejskiej otwiera nowy rozdział. I w Europie, i w Polsce. Takie miałam refleksje, patrząc na Wawel. Wawel, Wawel… Symbol naszej potęgi. Za Jagiellonów byliśmy jednym z największych mocarstw ówczesnego świata. Nasza dynastia rywalizowała o dominującą pozycję w Europie z Habsburgami. Carami Rusi nie musiała zawracać sobie głowy. Ich pozycja była słaba i nie liczyła się na kontynencie. Państwo Jagiellonów było jednocześnie w swojej istocie pierwszą Unią Europejską. Na mocy układu z Krewa powstała przecież unia polsko-litewska, dobrowolnie łączyły się ze sobą dwa organizmy państwowe: Korona Polska i Wielkie Księstwo Litewskie. Taki ruch władców Polski i Litwy podyktowany był poczuciem zagrożenia ze strony Zakonu Krzyżackiego. I okazał się skuteczny, zakon pokonano. Unia miała narody łączyć, ale respektowała ich autonomię. Stąd historycy spod znaku prof. Jerzego Kłoczowskiego uważają ją za pierwszą formę wspólnoty europejskiej. Tak, tak unię europejską wymyśliliśmy my. Mam nadzieję, że Donald Tusk, w końcu historyk, zdaje sobie z tego sprawę i poniesie ten kaganek oświaty do Brukseli. A jak się skończyły losy unii polsko-litewskiej, niech już lepiej nie wspomina, bo od czasu, jak w XVII wieku przegwizdaliśmy rywalizację z Rosją o pozycję lidera w Europie Środkowo-Wschodniej, zaczął się nasz regularny zjazd w dół. Trwał on aż do roku 1945 i skończył się monoetnicznym kadłubkowatym państwem, trzykrotnie mniejszym od ojczyzny Jagiellonów. Dziś jego przedstawiciel staje na czele Europy. Dobre i to. A Wawel wzruszać mnie będzie niezmiennie.